niedziela, 3 września 2017

L'Escandorgue

Niebo zapłonęło o świcie jak niegdyś stare kartki ze zdaniami dzisiaj już nieistotnymi. Znów ta chwila mnie dopadła, gdy dzień przecina noc, gdy pojawia się kolor na niebie, a ja jeszcze błądzę w ciemnej dolinie, słyszę szumiący potok i czuję jego chłód. To ten moment, gdy chcę już być tam na górze. Nie zawsze udaje się być w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. W ogóle to już ciężko mi znaleźć trasy tak malownicze jak jeszcze na początku, gdy tutaj przyjechałem. Ale za to jest już chłodniej i można poczuć ulgę, można sobie maszerować w nieskończoność. Chyba nie muszę się znów rozpisywać, że potrzebowałem tego, tak potrzebowałem leśnych ścieżek, śpiewu ptaków przed świtem, kilometrów i godzin spędzonych sam z samym sobą. Jak zawsze spotykałem na swojej drodze wielu ludzi, tak dziś oprócz domownika małego gospodarstwa, to tylko jednego piechura. Zdumiewa mnie życzliwość ludzi, których spotykam tutaj na szlakach, u nas czegoś takiego nie odczułem, u nas ludzie się mijają, tutaj spotykają. Ostatnio uświadamiam sobie co chcę robić w życiu, w każdej wolnej chwili chcę robić właśnie to, poznawać świat, odkrywać go, zaspokajać swoją ciekawość, utrwalać momenty i czerpać z tego radość. Zacząłem się temu wszystkiemu poświęcać, myślę o tym ciągle, biegam i czuję poprawę kondycji, czuję różnicę między tym co było wcześniej, a tym co jest teraz. Wiem, że można wiele, tylko trzeba mocno chcieć.

































czwartek, 31 sierpnia 2017

Przyjechałem tutaj pewien swych postanowień, pewien siebie, wiedziałem czego chcę i chciałem spokojnie przepracować tych kilka miesięcy. Dziś nie wiem kim jestem, zatraciłem osobowość, jestem bardzo zmęczony, potrzebuję się odciąć od tego wszystkiego, pojechać gdzieś na kilka dni, wyłączyć telefon, oczyścić pamięć, poukładać wszystko w głowie. Czuję się jakbym oddał klucz zaufanej osobie i zastał zamknięte drzwi, dziś nie chcę ich już otwierać, może się to kiedyś jedynie jeszcze przyśni. To wszystko narasta, ale wiem że jak balon kiedyś pęknie, tylko muszę wrócić do swoich, wrócić do siebie. Znów ironia losu, bo mam chore oczy, ale te oczy czasem widzą więcej, zawsze widziały więcej, czasami wolałbym nic nie widzieć, nic nie czuć, nie słyszeć nic, iść przed siebie nie patrząc na nikogo, tak byłoby łatwiej, ale znam siebie i wiem, że ja tak nie potrafię, zawsze wybieram tą trudniejszą drogę.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Montagne de Liausson

Gdy byłem tutaj w tamtym roku to wiedziałem, że jeszcze tutaj wrócę. Marzył mi się wschód na tej górze, ale tak jakoś nie mogłem się zebrać. Wschód słońca wymaga zarwania prawie całej nocy oraz dużego zaangażowania, potrzebowałem impulsu. Nie mogłem spać, coś mi spać nie dawało, po raz kolejny pragnąłem zapomnieć, uciec od tego wszystkiego, od tej gonitwy za szczęściem, prawie biegłem na tę górę. Bałem się iść w ciemności, ale ten strach czasami może zastąpić inne myśli, bo znów się pogubiłem i znów szukałem rozwiązania. Nie wiem co, ale coś jest w tych wschodach słońca, przez te kilka minut przenoszę się do swojego świata i chyba tylko wtedy mam czego chcę, do czego dążę, to o czym marzę, przez te kilka minut nie potrzeba mi nic więcej, chyba dlatego to robię.